Nie było mnie tu prawie dwa
tygodnie, czas listopadowych wakacji. Przez ten czas przemierzyłam kilka
tysięcy kilometrów w powietrzu i kilkadziesiąt pieszo. Po innym kontynencie. W
innej strefie czasowej. Jak przestrzegali bardziej doświadczeni niż ja podróżnicy, w tamtą stronę łatwiej,
powrót okazał się trudniejszy, przez wiele dni nie potrafiłam oddzielić dnia od
nocy, budząc się w ciemnościach i nie mogąc na powrót zasnąć.
Nowy Jork. Miałam go podziwiać z 47 piętra
jednego z tych wieżowców, których panoramę widzimy z Brooklyn Heights, z drugiej
strony rzeki East River. Kąpać się w basenie i spacerować po tarasie widokowym
mieszczącym się na dachu wieżowca. Ale nieoczekiwanie, kilka dni przed odlotem,
moje plany runęły w gruzy. Zniszczył je Sandy.
Na lotnisku JFK znalazłam się trzy dni po przejściu
żywiołu. Przez pierwsze trzy noce ukrywaliśmy się na głębokiej amerykańskiej
wsi, a raczej na zasobnym osiedlu, gdzie realizuje się „amerykański sen”, przed
domami stoi po kilka opasłych samochodów-fortec, błyszczą w słońcu białe fasady
domów, przed które codziennie zajeżdża pojazd objazdowych listonoszy, wkładając
do każdej skrzynki gazetę popierającą kandydata Republikanów, Mitta Romneya, a których mieszkańcy już na samą myśl o Obamie wzdrygają się ze złych emocji.
Huraganowi Sandy zawdzięczam jednak, że mogłam
po raz pierwszy, choć krótko, zobaczyć Boston i słynne Muzeum of Fine Arts z największymi po Paryżu
zbiorami Moneta.
Ale po trzech dniach wiejskiego spokoju
podmiejskim pociągiem dotarliśmy do Miasta. Zamiast wśród drapaczy chmur nowojorskiej
dzielnicy Finansów, znalazłam się w najbardziej paryskiej z dzielnic
nowojorskich, w Soho, tuż w pobliżu mitycznej Chinatown i Little Italy. Na
śniadanie można tam w pobliskich kawiarenkach dostać croissanty, i wypić taką
samą kawę jak w paryskich „brasserie”. Po ulicach Soho przemieszczają się
długonogie, designersko ubrane młode pary, trzymając w ręku tomiki wierszy Whitmana.
Chinatown to najbardziej egzotyczne miejsce
jakie zdarzyło mi się widzieć w życiu. Może ze względu na oczy
żab patrzące na nas z każdego sklepu z rybami i nabiałem, a może ze względu
na populację, jednorodną, jednojęzyczną, zamkniętą na sobie.
To, co najbardziej nas intryguje to moda na
wszystko co „organic”. Jest to chyba słowo, które najczęściej podczas mojego pobytu
słyszałam, słowo magiczne, na które otwiera się portmonetka nowojorczyków. Organiczne jest jedzenie sprzedawane w luksusowych sklepach w Soho i
pobliskim Greenwich Village, organiczne czyli zaprojektowane z drewna, skóry i
materiałów naturalnych meble w designerskich butikach. Nawet hamburgery mogą być „organiczne”, choć
wówczas rachunek za nie jest bardzo słony. Jest coś
perwersyjnego w tej tendencji do recyklingu, tworzyw naturalnych i
biologicznego stylu życiu, a jednocześnie do niebotycznych rozmiarów rozwiniętej motoryzacji. Ale
może takie właśnie są paradoksy Ameryki?
Codziennie rano chodziłam na śniadanie do
miejsca, które poleciłabym każdemu odwiedzającemu Nowy Jork, a kochającemu dobrą kawę, towarzystwo i książki. To niewielkich rozmiarów księgarnio-kawiarnia z kilkunastoma stolikami
i bardzo niezwykłą dekoracją- McNally Jackson Books. Książki są wszędzie, wiszą nawet podwieszone
do sufitu. Ściany tej kawiarni są pokryte tapetą pokrytą drukiem. Oczywiście nie mogłam się nie skusić, żeby nie zajrzeć na zawieszone tytuły-sama klasyka: Kerouac, Bellow…Tam się też zbiera, jak zdążyłam zauważyć,
nowojorska cyganeria z Soho i całego Manhattanu, czytając bez żadnego pośpiechu dobre książki, codzienną prasę i magazyny
dosłownie na każdy temat związane ze sztuką i literaturą. To miejsce, z którego
nie chce się wychodzić.
Przyznam się, że zupełnie nieśpiesznie włóczyłam
się tym razem i ja. Nieturystycznie, bo nie dotarłam ani do Momy, ani do
metropolitańskiego Muzeum sztuki. Wyprawiłam się natomiast do Brooklynu, gdzie w Williamsburgu i
Buschwicku skupia się dziś młode życie artystyczne miasta. Oraz do Queensu,
gdzie chyba nie tak dawno otwarte zostało muzeum ruszającego się obrazu „Mowing
Image” i gdzie można zobaczyć na przykład takie cudeńka jak stare kamery, wraz
z wyjaśnieniem ich działania, którymi filmy kręcił Hitchcock, albo w
których grała Audrey Hebpurn. A propos Audrey Hebpurn, to nie mogłam się oczywiście
nie skusić na obejrzenie, po raz pierwszy, domu w którym powstała mityczna już
dziś powieść „śniadanie u Tiffanyego” czyli gdzie mieszkała moja imienniczka
Holly. Nie ma tam żadnej tabliczki, żadnej informacji o tym wydarzeniu.
Toteż, gdy przez pomyłkę robiłam zdjęcia sąsiedniej klatce, przez zamknięte
okno, nieznana mi kobieta, pokazała palcem, ten właściwy, sąsiedni dom.
Wiem, nie byłam pierwsza, która postanowiła to przesławne miejsce odwiedzić.
Ale
punktem kulminacyjnym całej mojej eskapady było wydarzenie teatralne, o którym trąbi cała
nowojorska prasa. Zacznę może od tego, że przygotowano mi, jako teatralnemu
fanowi, wielką niespodziankę. Miałam się stawić o godzinie 23.30, a więc tuż
przed północą, pod wskazanym mi wcześniej adresem na 27 ulicy, w starych
opuszczonych magazynach przekształconych
na tę okazję w hotel o intrygującej nazwie Mc Kittrick, w wygodnych butach i koniecznie nie na
szpilkach! Miało się dziać!
Przed budynkiem czekała już pokaźna grupa
ludzi. Wpuszczano pojedynczo. Wchodziło się do mrocznego pomieszczenia w którym
mieściła się szatnia. Należało w niej pozostawić ubrania, torby,
telefony-słowem wszystkie przedmioty osobiste w zamian wręczano wenecjańską
karnawałową maskę, którą należało założyć na twarz i do końca przedstawienia
nie zdejmować, a ponadto nie mówić, ani jednego słowa do końca wydarzenia, które
miało się zakończyć około drugiej nad ranem.
Następnie przechodząc kilkaset metrów ciemnym
korytarzem-labiryntem wchodziło się w przestrzeń przypominającą dom zamieszkały
przez duchy. Na sześciu piętrach domu, w kilkunastu przestrzennych
pomieszczeniach, na każdym piętrze, rozgrywała się tragedia Makbeta, którą
widzowie mogli dowolnie śledzić przemieszczając się po piętrach, pokojach,
sypialniach i knajpach hotelu Mc Kittrick pośród imponującej dekoracji starych
mebli, wypchanych zwierząt, sal biesiadnych i lasu. Nie wiem, jak to
funkcjonowało, że wędrując właściwie bez przerwy spotykaliśmy się
wszyscy razem na najważniejszych scenach sztuki Szekspira. Czasem przysiadało
się na chwilę obok rozgrywającego scenę z ciężarną żoną Makdufa, aby w chwilę
później popędzić za przemykającą przez pokój w ciemnościach zakrwawioną Lady
Makbet.
Scena z przedstawienia "Sleep no more" Zdjęcie: Ben Brantley
Kilkanaście sal, w których rozgrywa się akcja to pracownie wypychania zwierząt, nocne bary, sale balowe, mroczne
korytarze, sale szpitalne- świadectwa
nocnego, mrocznego życia w upadłej dzielnicy. Były też
obrazy makabrycznej orgii, na którą trafiało się podczas pogoni w
dół i w górę, po schodach, w zakątki takie na
przykład jak dziecięca ochronka, z kilkunastoma dziecięcymi łóżeczkami z
ubiegłego wieku oraz towarzyszącymi tej instytucji rekwizytami, starymi
nocnikami czy pachnącymi mocno naftaliną ubrankami dzieci. Była też chatka
czarownic, w której nas zamykano, aby wyjawić tajemnice przekazane
nieszczęśliwemu Makbetowi.
Podczas przedstawienia nie padło ani jedno
słowo. Sytuacje opisywane były gestem, ruchem, dekoracją, dotykiem-przy pomocy
wszystkich zmysłów…Używano minimalnego oświetlenia, co jeszcze bardziej pomagało
nam wchodzić w klimat sztuki Szekspira. Natomiast klimat podtrzymywała wprowadzająca nas w ten niezwykły nastrój muzyka. Ponoć taka sama, której używał w swoich thrillerach Hitchcock.
Czym był
ten dziwny teatr? Rodzajem performancu-na pewno, ale czym jeszcze? Złamane
zostały wszystkie zasady obowiązujące w tradycyjnym teatrze, nie było ani
określonego miejsca akcji, ani krzeseł, ani widowni. Przedstawienia nie można
było oglądać w całości, a jedynie w poszarpanych fragmentach. I czy ubrani w te
karnawałowe maski nie przekształciliśmy się z widzów w ciekawskich- „podglądaczy”?
podpatrując toczące się na naszych oczach życie? Czym była podejrzana
przyjemność oglądania mrożących krew w żyłach scen nagich, bezwstydnie kąpiących
się w wannie, zabrudzonych krwią małżonków ze sztuki Szekspira?
Scena z przedstawienia "Sleep no more" Zdjęcie: Ben Brantley
Gdy
Makbet w końcowej scenie zawisa na szubienicy, widzowie instynktownie wychodzą
z sali przechodząc do…jazzowego klubu z lat 30-tych (okresu z którego pochodzą
dekoracje) z murzynką o pięknym głosie, wielkim biuście i cudownym głosie przy
mikrofonie, rozklekotanym pianinem i szczerzącym zęby do publiczności
kontrabasistą. Tak rozpoczęła się trwająca do świtu zabawa.
To był
mój ostatni wieczór w Nowym Jorku, rodzaj pożegnania z miastem. Przejeżdżaliśmy
już prawie nad ranem do naszego hotelu na Soho mijając po drodze dziesiątki
nocnych klubów, z tłumami młodzieży przed każdym z nich. To miasto, chyba nigdy
nie śpi...
Dziękuję za tę "podróż" do Nowego Yorku!:) Szczególnie zachwyciła mnie księgarnio-kawiarnia z wiszącymi książkami! Rewelacja! Sztuka teatralna niesamowita, intrygująca...
OdpowiedzUsuńPS. Wyróżniłam Twój blog jako mój ulubiony (szczegóły na moim blogu). Niedawno odkryłam Twój blog, ale już zaliczam się do "fanek":) Pozdrawiam.
UsuńBeato,
Dziękuję za informację o Twoim blogu, już zaraz wpiszę go na listę ulubionych,znalazłam na nim masę ciekawych informacji, recenzji książek, będę na pewno wiernym czytelnikiem...I dziękuję za miłe słowa!
cały pobyt, a zwłaszcza pożegnanie z miastem niesamowite :), ale same maski (te ze zdjęcia)nieco makabryczne...
OdpowiedzUsuńale kto jak kto, ale Ty Holly na pewno w paryskiej dzielnicy byłaś najbardziej paryska :)
UsuńSłyszałam często francuski, zarówno w hotelu jak i na ulicy, myślę, że nie byłam sama....
Ja "zazdroszczę" możliwości obejrzenia Moneta, no i tej nieśpiesznej możliwości pobytu w kawiarnio-księgarni. Co do teatralnego przedstawienia to mam mieszane uczucia, nie lubię w teatrze dosłowności (pisałam o tym, przy okazji oceny Makbeta na festiwalu szekspirowskim), to podglądanie intymności też nie wydaje mi się uzasadnione, natomiast sam pomysł współuczestniczenia w sztuce, weneckich masek dla widów, otoczenia, scenerii, czasu przedstawienia- ciekawe. Co by nie mówić, będzie to niezapomniane przeżycie, nawet, jeśli nie zachwycające.
OdpowiedzUsuń
UsuńGuciamal,
To była tylko taka zabawa teatrem, w sumie bardzo udana i oryginalna, bez większych pretensji artystycznych...Ale wyobraź sobie, że w drodze powrotnej, w samolocie siedziałam koło Francuza zakochanego w musicalach, przez trzy tygodnie widział ich chyba z piętnaście, jak na mój gust straszne szaleństwo, ale Ty miałabyś naprawdę o czym z nim rozmawiać. Dla Ciebie Nowym Jork byłby rajem na ziemi!
A zatem cieszę, się, że miałaś taką radość.
UsuńAle też cieszy fakt, że istnieją tacy do mnie podobni maniacy musicalowi. Cieszy- tak jakbym nie mogła uwierzyć, że takie osoby istnieją, a przecież spotykam w teatrze i na forach internetowych, wiem, że są osoby oglądające przedstawienia po wielokroć, a jednak, jakoś nie dowierzam, że naprawdę istnieją, bo w najbliższym otoczeniu ich nie ma. Mnie się marzy Londyn z całym bogactwem teatrów musicalowych, o Hameryce nawet nie śmiałam marzyć, to podwyższyłoby koszty musicalu do jakichś niebotycznych kwot, ale ponieważ nie tylko chlebem człowiek żyje, więc kto wie, czy kiedyś i tam nie dotrę.
Taki pobyt należy z cala pewnością do niezapomnianych. No i ten oryginalny wieczór teatralny, niesamowity pomysł! Chciałabym kiedyś w czymś takim uczestniczyć.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Nika
UsuńPewnie będziesz, czego Ci z całego serca życzę...Życie sprawia nam tyle niespodzianek, że nawet trudno sobie wyobrazić. Ja też leciałam tym słynnym Airbusem 380 na dwóch piętrach na trasie Paryż-Nowym Jork i wydawało mi się, że to chyba sen... A tak mi się w życiu złożyło, że musiałam...Pozdrawiam!
Zachwyca mnie błyskawiczna adaptacja do życia w warunkach po-kataklizmie. U nas rwano by włosy z głowy, ho, ho i jeszcze trochę. Gdybyś zamieszkała na owym wytwornym piętrze, pewnie nie widziałabyś większości dziwów i cudów, które nam opowiedziałaś. I kto spodziewałby się, że to nowojorska chińska enklawa wyda ci się 'najbardziej egzotyczna'. I to z powodu żab, których paryżanie spożywają wszak na pęczki :)
OdpowiedzUsuńZ innej beczki, a i na pociechę może, powiem, że ze spaniem można mieć kłopoty bez względu na sytuację. Wiem po sobie; polecono mi Melatoninę... ale niezbyt działa, niestety.
Najbardziej podoba mi się; klub jazzowy i zabawy do rana. Tylko, czy jestem dostatecznie 'organic' by mnie tam dopuszczono? A najbardziej zazdroszczę: podróży śladami Holly-Audrey.
UsuńEwo,
Ja też jadam w Paryżu chętnie żaby, ale nigdy w życiu nie widziałam pełnych kontenerów żywych ropuch czekających na kupujących! Obok były moje ukochane żółwie i wiele innych nieznanych mi kreatur, które oni po prostu "pożerają"...Przypomniałam sobie przy okazji, że pierwsze w życiu żaby jadłam w chińskiej restauracji w Londynie.
Współczuję bezsenności, może być chyba uciążliwa...
Przypomniała mi się scena z chińskiej restauracji z filmu "La Vérité si je mens ! 3" brrr! :)
UsuńŻaby w Chinatown, powiadasz...
OdpowiedzUsuńWpadam do ciebie po widoki z Paryża, ale teraz mniemam, że powinnaś częściej podróżować ;)
Pozdrawiam z Wawy.
UsuńDziękuję serdecznie za pozdrowienia z Warszawy, zawsze to miło...Z Paryża wyjeżdża się raczej niechętnie, ale czasem trzeba....
Holly, świetne wakacje!! Sandy rzeczywiście przyczynił się do znacznego urozmaicenia Twojego pobytu, a świeże żaby u Chińczyków wpisują się idealnie w trend organic :) Tylko dlaczego sprzedają je w sklepie z "rybami i NABIAŁEM"??
OdpowiedzUsuńZapraszam na mojego bloga po odbiór wyróżnienia :)
OdpowiedzUsuńZazdroszczę podróży do Big Apple - to jedno z moich miejsc na ziemi, gdzie mogłabym wracać każdego dnia. SoHo ma specyficzny, "europejski" klimat, uwielbiam tą część Manhattanu :) Pozdrawiam serdecznie z Burgundii
OdpowiedzUsuń